sobota, 22 września 2012

Derby Warszawy

Wczoraj odbyły się derby Warszawy. Albo jak inni mówią pseudo derby. Ale kwestie dotyczące klubu z ul. Konwiktorskiej to już inna sprawa. Rzecz się tyczy tego co się stało podczas meczu na tak zwanej żylecie. Jest to przykład totalnej katastrofy organizacyjnej, której winnych można szukać po każdej ze stron. Organizatorom meczu poszło, jak sądzę o to co zwykle, czyli o race, o "niedrożne" przejścia ewakuacyjne, o które to udrożnienie wzywano przez megafon. Rozwiązanie kłopotu było zaskakujące. Według relacji samych kibiców (>>legioniści.com) ochrona po prostu wparowała między kibiców pryskając gazem gdzie popadnie, po oczach wszystkich kibiców, podobno nie omijając także dzieci. A reakcja kibiców była tak oczywista jak bulwersująca. Poleciały krzesełka (podobno nie do wyrwania), parę z tych których nie dało się wyrwać najzwyczajniej spłonęły. Wszystko to, jak deklarują co niektórzy kibice, w obronie własnej. Problem w tym że w obronie własnej powiedzmy można rzucić czymś w ochroniarza... jak się uprzeć, można zrozumieć rzut wyrwanym krzesełkiem, ale jako obronę własną deklarują co niektórzy .. podpalenie niektórych krzeseł, zdemolowane toalety - powyrywane kible, pisuary, powyłamywane drzwi. Nie wiem w czym może ochronić mnie przed agresją służb porządkowych wyrwany kibel?? Tak to więc nieudolne wykorzystanie środków przymusu stało się nie tylko zagrożeniem dla zdrowia i życia uczestników imprezy masowej ale i pretekstem do pierwszej tak poważnej demolki nowego stadionu przy Łazienkowskiej 3. Efekt jest taki że obie strony wyszły na totalnych barbarzyńców. Pytanie tylko kto bardziej i komu się upiecze.
Zdjęcia zapożyczone z >> Legia.com




piątek, 21 września 2012

Praca, praca, praca

To niesamowite jak praca potrafi przygwoździć człowieka. Ostatnie trzy tygodnie przeczołgałem się przez Hades i z powrotem. Charakter wykonywanej pracy zmienił się o tyle, że nie siedzę cały czas przed biurkiem i mam przyjemność pracy z ludźmi twarzą w twarz. W ten sposób także nie ulegałem pokusie serwowania po sieci w każdej luźniejszej chwili. A ze względu że wolnych chwile nie miałem wcale, to uzbierały mi się spore zaległości. Jak w końcu usiadłem na jedno popołudnie, mogąc cieszyć pewną dozą swobody to aż czuje się nieswojo. Stałem się jakoby innym człowiekiem i próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. Jedno jest pewne: weekendy są bezcenne.