niedziela, 30 grudnia 2012

Eksperyment z Wordpress

Nieustanna chęć eksperymentowania sprowadziła mnie w miejsce zwane wordpressem. Bez znaczenia były przenosiny Kuby Biernackiego w to właśnie miejsce ze swoim blogiem deliberowanie.pl. Podobno blogger jest zbyt … ograniczony w swych funkcjach. No … prawdę mówiąc, jak to ja. Postanowiłem przetestować ten serwis. Z wordpressem spotkałem się już kiedyś … ale tylko przez chwilę. Ten krótki okres czasu zwany chwilą wydawać może się … za mały żeby zgłębić tą sprawę… tak tak … znowu zaczynam plątać się w słowach. Ale tak czy owak … czemu by nie przetestować. Oczywiście nie oznacza to jak na razie przeprowadzki z mojego głównego bloga tj. big-moose.blogspot.com. Za stary chyba jestem na to by od tak przeprowadzać się stąd do … gdzieś tam. A jednocześnie jestem zbyt młody na to, by czasami nie zrobić sobie jakiejś wycieczki. Na razie nie różni się to niewiele, prócz możliwością wykupienia własnej domeny. Ale no cóż, po pierwsze (pierwsze/pierwsze) to jest właściwie pierwszy rzut oka. Po drugie, patrzę oczyma laika… więc wybaczcie fani wordpress’a za te słowa. 
Tym czasem popatrzę, poprzyglądam, poklikam w przyciski, może coś odkryję ciekawego dla siebie. 
Jakby jakieś rady fachowców, w sprawie olśnienia mnie wspaniałością wordpress’a to proszę bardzo.
Efekty eksperymentu można zobaczyć pod adresem: bigmooseblog.wordpress.com

Ponadto oświadczam:
Nie przewiduje przeprowadzki bloga na inny adres. Na razie z tym adresem i z tym serwisem łączy mnie zbyt wiele wspomnień, przyzwyczajeń i najzwyklejszej wygody, aby brać pod uwagę jakąkolwiek przeprowadzkę.

Dlaczego tak chce mi się zatrzymać czas?

Takie właśnie pytanie zadaje każdego dnia tegorocznych świąt. Bardzo łatwo w święta uciec od szarej otaczającej rzeczywistości. Po tym jak się wkroczy w przekoloryzowany świat świąt to nie chce się z niego wychodzić z powrotem. Łatwo uwierzyć w bajkę świąt. Łatwo też uwierzyć w to że się one kończą. Ale przychodzi to z bólem. A z czymś takim psychika trudno się godzi. Czas refleksji związany z końcem roku nie sprzyja dobremu samopoczuciu. Ciekawe, jak często sylwestrowe świętowanie jest próbą wyparcia tego co nie wyszło człowiekowi w minionym roku.

czwartek, 27 grudnia 2012

Nie ma jak święta

Dobre Święta Bożego Narodzenia to jedna z najlepszych rzeczy jakie mogą spotkać człowieka. Przypomnę pewien banał. Mają zazwyczaj jeden podstawowy problem w świętach... zawsze w końcu muszą się skończyć. Wreszcie miałem okazje oderwać się od pracy. Ale ciągle mam wrażenie, że ta ilość czasu wolnego jest nie wystarczająca by spokojnie odpocząć. Ale lepiej jak przestanę o tym gadać, trzeba jeszcze jak najwięcej skorzystać z tych świąt i tyle.

sobota, 22 grudnia 2012

Apps chrome - won z reklamami.

Chciałem zacząć dzisiaj pisać o tym jak wspaniale i cudownie czuje się z okazji tego, że dotrwałem do świąt. Nie tym razem zero radości w mych słowach. Ponieważ zacznę od wkurzania się. Wkurzania się na co? Na  Google. No chyba nie na kogo innego. Bo to właśnie google jest dostawcą usługi w postaci możliwości prowadzenia blogów w serwisie blogger. No raj się chyba skończył bo o ile dotychczas to ja mogłem decydować o tym gdzie jak i kiedy pojawiają się reklamy na moim blog. No i przede wszystkim CZY sie pojawiają?
A co ja dzisiaj widzę?? Jak na samym k***a czele wyskakuje mi chamska reklama jakiejś głupiej gierki internetowej. Tuż nad tytułem bloga na co najmniej jedną czwartą ekranu. Na samym froncie. Z malutkim dyskretnym napisem "ads not by this site" No i oczywiście ni grzyba tego usunąć. Do jasnej cholery ... co to ma znaczyć. Z takiego przyjaznego miejsca dla blogerów robić burdel. Sorcia ... ale mnie szlak trafia. I to na poważnie. Żeby chociaż jakieś wyjaśnienia czy jak.
To jest cholerny pieprzony spam. Jak tony ulotek z dupami wpierdalanych za wycieraczki samochodów w centrum miasta.
Przepraszam za przekleństwa. Ale takiego bezczelnego manewru to już inaczej skomentować się nie da.

(...) no chyba że jakiś to jakaś idiotyczna aplikacja zostaje dodana do przeglądarki która wpieprza reklamy do stron. Dobrze że do tego dotarłem. Co nie zmniejsza mojego wkurzenia. Bo wyszło w ten sposób, że zacząłem się pluć na google zamiast pluć się .... w sumie tez na google. Tylko nie z powodu bloggera ale chroma. Bo to z jakiej paczki cholera co chwilę pojawia się jakaś durnowata aplikacja która do przeglądarki pasuje jak pięść do oka a tylko utrudnia życie wpieprzając wszędzie swoje reklamy. Na cholerę taki chłam. Za wiele stresu i frustracji dostarcza praca żeby jeszcze przed świętami na google się wkurzać

niedziela, 9 grudnia 2012

Spacer po lesie

Cisza. to jest to czego teraz pragnę. Zacząłem uczyć się na nowo powstrzymywać nerwy od wybuchu. A raczej je wypierać. Wyobrażam sobie ciszę. Nie ma nic bardziej uspokajającego i drażniącego jednocześnie. Jednak gdy najbardziej mi tego trzeba to właśnie cisza przychodzi mi z ratunkiem. Tymczasem. Spotkała mnie przyjemność wyjazdu z Warszawy do małego miasteczka, gdzie życie toczy się w wiele bardziej wolniejszym tempie. Przy tak zimowej pogodzie powiedzmy jest to podróż nie zupełnie w celach turystycznych. Ale przynajmniej chwilę odmiany i możliwości po przeglądania nowinek w sieci. 
Mam bardzo dziwną chęć pochodzenia po lesie. Ale niestety wizja leśnego spaceru stoi w sprzeczności z zimnem jakie panuje na zewnątrz. Pozostaje zawsze wyobraźnia.

piątek, 9 listopada 2012

Napady agresji

Ostatnio przez parę miesięcy mam tak... zapieprzam 7 dni w tygodniu po całą dobę. I cały ten czas trzymam nerwy na wodzy. Taki zawód. Mam do dyspozycji jeden wieczór w tygodniu na to żeby przez 3 godziny nie zajmować się zawodowymi sprawami. Nie wiem czemu zawsze w tym momencie z jakiegoś powodu puszczają mi nerwy. Zawsze musi mnie coś ostatecznie wyprowadzić z równowagi. Chyba muszę znaleźć jakieś ujście energii bo inaczej komuś zacznie się mniej lub bardziej niesłusznie obrywać.

sobota, 22 września 2012

Derby Warszawy

Wczoraj odbyły się derby Warszawy. Albo jak inni mówią pseudo derby. Ale kwestie dotyczące klubu z ul. Konwiktorskiej to już inna sprawa. Rzecz się tyczy tego co się stało podczas meczu na tak zwanej żylecie. Jest to przykład totalnej katastrofy organizacyjnej, której winnych można szukać po każdej ze stron. Organizatorom meczu poszło, jak sądzę o to co zwykle, czyli o race, o "niedrożne" przejścia ewakuacyjne, o które to udrożnienie wzywano przez megafon. Rozwiązanie kłopotu było zaskakujące. Według relacji samych kibiców (>>legioniści.com) ochrona po prostu wparowała między kibiców pryskając gazem gdzie popadnie, po oczach wszystkich kibiców, podobno nie omijając także dzieci. A reakcja kibiców była tak oczywista jak bulwersująca. Poleciały krzesełka (podobno nie do wyrwania), parę z tych których nie dało się wyrwać najzwyczajniej spłonęły. Wszystko to, jak deklarują co niektórzy kibice, w obronie własnej. Problem w tym że w obronie własnej powiedzmy można rzucić czymś w ochroniarza... jak się uprzeć, można zrozumieć rzut wyrwanym krzesełkiem, ale jako obronę własną deklarują co niektórzy .. podpalenie niektórych krzeseł, zdemolowane toalety - powyrywane kible, pisuary, powyłamywane drzwi. Nie wiem w czym może ochronić mnie przed agresją służb porządkowych wyrwany kibel?? Tak to więc nieudolne wykorzystanie środków przymusu stało się nie tylko zagrożeniem dla zdrowia i życia uczestników imprezy masowej ale i pretekstem do pierwszej tak poważnej demolki nowego stadionu przy Łazienkowskiej 3. Efekt jest taki że obie strony wyszły na totalnych barbarzyńców. Pytanie tylko kto bardziej i komu się upiecze.
Zdjęcia zapożyczone z >> Legia.com




piątek, 21 września 2012

Praca, praca, praca

To niesamowite jak praca potrafi przygwoździć człowieka. Ostatnie trzy tygodnie przeczołgałem się przez Hades i z powrotem. Charakter wykonywanej pracy zmienił się o tyle, że nie siedzę cały czas przed biurkiem i mam przyjemność pracy z ludźmi twarzą w twarz. W ten sposób także nie ulegałem pokusie serwowania po sieci w każdej luźniejszej chwili. A ze względu że wolnych chwile nie miałem wcale, to uzbierały mi się spore zaległości. Jak w końcu usiadłem na jedno popołudnie, mogąc cieszyć pewną dozą swobody to aż czuje się nieswojo. Stałem się jakoby innym człowiekiem i próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. Jedno jest pewne: weekendy są bezcenne.

piątek, 24 sierpnia 2012

Strach przed końcem sierpnia

Przeraża mnie koniec sierpnia. Czuję na karku powiew złej pogody. Co prawda organizm do maga się co najmniej lekkiego wiaterku. Ale na myśl o tym, że czeka nas ta część roku w którym pogoda już nie będzie sprzyjać ... trzęsą mi się ręce. Próbowałem przez okres letni skorzystać jak najwięcej z dobrodziejstw tej pory roku, ale cały czas czuje nie dosyt. No cóż żyjąc w Polsce trzeba się pogodzić z tutejszym klimatem. 

piątek, 6 lipca 2012

Euro 2012

I tak się właśnie skończyła cała medialna nawijka związana z Euro. Przez cały czerwiec jak tylko się włączyło którykolwiek kanał telewizyjny, z tymi informacyjnymi na czele mowa była tylko o Euro. Chwila w której podłączałem się do sieci równa była z tym że zalany zostanę informacjami o Euro. Oczywiście po odpadnięciu reprezentacji Polski i Ukrainy z turnieju, nie spodziewałem się obniżenia natłoku monotematycznych informacji. W pewnym momencie po prostu wyniosłem się z miasta, by tego wszystkiego nie słyszeć. Wróciłem na półfinały. Zrobiłem to mimo zmęczenia tematyką Euro, ze szczerą chęcią odetchnięcia ostatkami imprezy sportowej która zapisze się na stałe w historii naszego kraju. W czasie Euro skorzystać zdążyłem zarówno z gościny znajomych, jak barów w których była możliwość obejrzenia turniejowych meczów. Oczywiście zostawiłem na koniec stołeczną strefę kibica. Finał obejrzałem w deszczu, ale już bez uczucia politycznej nagonki, wmawiającym mi że albo jakiś rusek napadnie mnie, albo ja jakiegoś ruska. Pewnie dlatego że odciąłem się kompletnie od tego typu informacji. 
Tak więc po paru miesiącach panowania Euro w mediach, no i miesięcznej wrzawie samego turnieju, wreszcie możemy powiedzieć że mamy to za sobą. Chociaż nie do końca. Smród przekrętów i porażek organizacyjnych, wspólnego obwiniania, wyciągania z pod dywanów korupcji, będzie się za nami toczyl przez jakiś czas. Po całym tym Euro, pozostało mi uczucie, że jako kibic za mało skorzystałem z uroków tego turnieju, a jako zwykły człowiek skuty zostałem prze przyziemność, komercyjność i medialno -polityczną nagonkę.
Tak więc mimo że milion powodów jest dla których można by już mieć dosyć Euro, w zeszło niedzielę w warszawskiej strefie kibica pożegnałem się z tym turniejem z pewną dozą żalu. Tak... chwyta mnie trochę tęsknota, przemieszana z zawodem, nie zaspokojonym głodem zwycięstwa i niesmakiem związanym także z niesportową otoczką całego Euro 2012.

wtorek, 8 maja 2012

Nie jestem Jackiem Żakowskim

W pewnej rozmowie z osobą nie związaną z blogosferą (co najwyżej jako okazjonalny czytelnik), usłyszałem oskarżenie o to, że mam zapędy redaktorskie? Było to powiedziane w trakcie rozmowy na temat cenzury na co niektórych serwisach blogerskich. (>> Salon 24 skutecznie cenzuruje). Pomyślałem sobie, że jednak moje skłonności redakcyjne kończą się na redagowaniu własnych tekstów. Nie przejawiam bowiem sympatii do miejsc które cenzurują tekst w sposób niemerytoryczny, nachalny i złośliwy. Ani też do sytuacji gdzie z góry narzuca mi się profil zamieszczanych treści. Nie do końca czuję się dobrze w takich miejscach jak Salon24. Jago bloger cenię sobie swobodę. Lubię sytuację w której żaden moderator, maszyna ani człowiek nie kasuje mi treści, które umieszczam na swoim blogu, nie usuwa komentarzy, nie wygodnych dla … serwisu, czy cholera wie kogo jeszcze. Tak w tym sensie, prawdą jest to że mam zapędy redaktorskie. To ja redaguje swojego bloga, nie kto inny. Ale na tym się kończy. Jestem przedstawicielem kasty blogerów, osób o różnym doświadczeniu, bardzo często nie mających przygotowania dziennikarskiego, redaktorskiego etc. Nie uważam się ani za dziennikarza, ani za redaktora. Nie uważam się także za wybitnego blogera, ... to byłby narcyzm. Nie jestem Jackiem Żakowskim i daleko mi do jego talentu dziennikarskiego. Nie czyje się kompetentny, do mówienia innym co i jak mają pisać.
Fakt faktem, że miejsce na Blogerze jest dla mnie w sam raz. Jak już wspominałem, nikt mi się nie wcina, nikt nic mi nie kasuje, nie przestawia, nie miesza itd. To nie znaczy że zamykam się na krytykę merytoryczną. My blogrzy, Ci blogujący hobbistycznie i nie tylko, powinniśmy być otwarci na naukę ze strony dziennikarzy pisarzy, zawodowych i doświadczonych blogerów. Wymaga to pokory i cierpliwości, by wysłuchać słowo krytyczne na temat stworzonego tekstu. Często, szczególnie początkującym blogerom przychodzi to z trudem. Każdemu z nas zdarza się reagować czasami "jeżem" na krytykę. 
Niestety wśród gromady najróżniejszych serwisów tego typu na polskim rynku nie widzę takiego, w którym szeregowy bloger mógł otrzymać pomoc redakcyjną ze strony fachowców. Mówimy o realnej sytuacji i odpowiednio umożliwiającym to systemie. Powiedzmy że jako tako odzwierciedla tą ideę serwis wiadomości24.pl (a przynajmniej odzwierciedlał kiedyś). System nadal nie idealny ale jakąś tam pomoc redakcyjną użytkownikom się oferowało. Nie wiem jak teraz po zmianach wprowadzających większą swobodę szeregowym użytkownikom. Nie da się ukryć jest to jednak serwis czysto informacyjny, w żadnym stopniu nie blogerski. 
Dobre by było miejsce w którym użytkownik pisząc własnego autorskiego bloga, zachowując nad nim pełną władzę, mógł jednocześnie skorzystać z pomocy redakcyjnej osób które się na tym znają, (broń borze nie przypadkowych osób, chodzi tu mi o profesjonalistów nie o przedstawicieli mądrości zbiorowej). Powiedzmy gdyby można przed oficjalną publikacją udostępnić tekst ... nie do moderacji, lecz powiedzmy do recenzji określonej przez autora liczbie "zaufanych" użytkowników, w tym powiedzmy ewentualnie także gronu użytkowników polecanych przez ... (odpowiednie wpisać). A potem dopiero po uwzględnieniu lub nie uwzględnieniu uwag grona recenzentów autor takiego tekstu mógł by się zdecydować na publikację na własnym blogu. Zachowując oczywiście pełną kontrolę nad tym co publikuje. 
W erze gdy każde kolejne pokolenie ma poważne problemy czytaniem ze zrozumieniem, wysławianiem się ustnie i pisemnie trzeba ratować kogo się da. A i wśród tych małolatów, od pieluchy bawiących się laptopami, pojawiają się blogerzy. Starzy tetrycy, nawet Ci weterani blogerki przypuszczam że z czegoś takiego by skorzystali. Na razie jesteśmy skazani na samych siebie, i na te małe społeczności blogerskie które stworzymy sobie na wlasną rękę, opierając się na komunikacji e-mailowej.
Co nie których pomysł taki zapewne razi, jako niepotrzebny. Jest pewna grupa blogerów, namiętnie tworzących zarówno na własnym blogu ale i w komentarzach pod tekstami innych, posiadająca "Kompleks Boga" Sądzą że posiadają wiedzę i zdolności absolutne. Są to osoby wyjątkowo wrażliwe na punkcie krytyki na własny temat. Spodziewałbym się od takiej osoby stwierdzenia, że taki pomysł jest dla blogerów nieudaczników. Ale może w takim "systemie" uniknelibyśmy sytuacji że na blogach są totalne głupoty, jak to zauważył Jacek Żakowski w filmie o polskiej Blogosferze pt. "Blogersi"

piątek, 4 maja 2012

Co jest nie tak z piłką nożną w Polsce?

Wczorajsza przegrana Legii Warszawy mocno mną wstrząsnęła. (0-1 z Lechią Gdańsk). Po półrocznym pobycie na szczycie tabeli, prawie cały czas na pierwszym miejscu, Legia spada na 4 miejsce. Na mistrzostwo Polski szanse praktycznie zerowe. Przy ewentualnej przegranej w ostatnich meczach 3 pierwszych drużyn z tabeli doszlibyśmy najdalej do 53 punktów. Czyli tyle ile ma teraz pierwszy w tabeli Śląsk Wrocław. I przy tej sytuacji jakiś sprytny matematyk musiał by się nieźle na trudzić by wyliczyć na  korzyść Legii. Ale w to już nie wnikam.
W całej tej sytuacji nie ten wczorajszy mecz jest najgorszy. Tragiczne w tej sytuacji są dwie rzeczy.
Po pierwsze. Nie może być tak że Legia jest na pierwszym miejscu przez pół roku i daje sobie zabrać mistrzostwo jednym meczem i to z Lechią Gdańsk, która jest na ten czas jest słabszą drużyną (chociaż zaczynają mnie ogarniać wątpliwości w tej sprawie, jedno jest pewne zasłużyli na zwycięstwo w tym meczu). Generalnie gra Legii przez ostatnie miesiące pozostawia wiele do życzenia. I obroniony Puchar Polski to małe pocieszenie.
Po drugie. Nie może być tak że cala ekstraklasa pozwala przez pół roku królować na szczycie tabeli drużynie która cały czas remisuje. To niedopuszczalne. Wiem że może nie brzmię teraz jak wielki fan Legii, ale taka jest prawda. To źle świadczy o polskiej ekstraklasie. Ktokolwiek będzie mistrzem Polski, można powiedzieć jedno, zwycięstwo w tak kiepskim stylu to nie zwycięstwo.
A w kontekście zbliżającego się Euro. Nie powiem nic odkrywczego, stwierdzając że słabość, polskiej reprezentacji leży w kiepskim stanie naszej ekstraklasy. Bez rozwoju polskich drużyn piłkarskich ... nie tylko Legii ... daleko nie zajdziemy. Każdy klub działając jak prężne przedsiębiorstwo powinien lepiej wykorzystywać pieniądze które już wydaje. A kolejne zastrzyki pieniężne z pewnością przyjdą z sukcesami. Nawet jak na modłę zachodnią polski klub będzie się składać z 75%  obcokrajowców, to o ile będzie to dobry zespól, to te 25% składu Polaków, będzie na tym korzystać. Zbierając wszystkie drużyny lepszej Ekstraklasy mielibyśmy wspaniałą kadrę reprezentacji. A na razie jesteśmy zmuszeni tolerować sytuację gdy jedyną szansą zrobienia kariery przez polskiego piłkarza jest wyjechanie gdziekolwiek za granicę, nawet do trzeciorzędnej drużyny, w trzeciorzędnym kraju (jeśli chodzi o piłkę nożną, ... my chyba jesteśmy pięciorzędnym krajem w tej kwestii...) Polski piłkarz wolał by grzać ławę w średnio dobrym klubie na zagranicą, niż grać w polskiej lidze. Za coś trzeba żyć i z czegoś być dumnym. Polskie kluby robią co mogą, podnoszą pensje, byle zawodnik został. Tyle że często za kasą, nie idzie dobra gra. Z trybun często nie wygląda to za ciekawie. Zdarzają się rodzynki, które się ogląda z podziwem, jak ligę niemiecką, angielską itd. Zaraz potem przychodzi zażenowanie, bo kibic ogląda coś co nie jest godne ligi podwórkowej.
O Polskich pilarzy nikt nie zadba lepiej niż polska drużyna, u nas w kraju, przygotowując piłkarza kompleksowo, do ekstraklasy, pucharu Polski, klubowych rozgrywek międzynarodowych i do gry w kadrze narodowej. Zagranicznym drużynom na zapewnieniu czegoś takiego polskim piłkarzom nie zależy aż tak bardzo. Bo kogo obchodzi czy Kowalski będzie grał dobrze w reprezentacji. Z resztą i PZPN nie może czekać aż ktoś odwali za nich robotę i przygotuje im piłkarzy, a oni sobie tylko powybierają najlepszych (... i wlaną piłko-ptaka zamiast orzełka, bo przecież nowe logo PZPN jest takie śliczne...). A i polskie kluby są nadal takie jakie są, nie wywiązując się z podstawowych założeń istnienia klubu piłkarskiego. Podobnie jak PZPN nie wywiązuje się ze sporych założeń swojego istnienia.
Wierzę że da się zrobić z polskiej ekstraklasy ligę na światowym poziomie i to w cale nie zaczynając od wkładania w nią gigantycznej kasy. Historia pokazała że są osoby które to potrafią. Nie ma, że się nie da. Ale czy doczekam czasów gdy w Polsce nastanie prawdziwa piłka nożna? Nie wiem.

sobota, 28 kwietnia 2012

Ta lepsza część roku

Na reszcie nadeszła ta lepsza część roku, jeśli chodzi o pogodę. Wreszcie powody dla których warto wystawić nos z domu potęgowanie są przez świecące słońce, przyjazną temperaturę, zieleń ... itd. Siedzenie w zamknięciu zaczyna sprawiać ból. Czasami nie mogę już strawić otaczających ścian, tej betonowej klatki. Całe szczęście okres zimowy przetrwałem nie analizując swojego zamknięcia tak jak teraz. Chyba bym zwariował. Wiosna w połączeniu w długim weekendem majowym, powoduje że znów czuję się jak dziecko. Ma się ochotę wyciągnąć rower, piłkę z krzyknąć wszystkich znajomych i latać jak szaleni po parku, po lesie, gdziekolwiek, byle by było zielono.

piątek, 6 kwietnia 2012

Salon 24 skutecznie cenzuruje

Znowu z ciekawości zajrzałem na Salon 24. Odkurzyłem konto które kiedyś tam założyłem: Big Moose S.24. Miło gdy ma się taką tubę, wsparcie od serwisu, od razu więcej wejść, więcej komentarzy itd. Ale bardzo szybko się zorientowałem że serwis Salon 24 wspiera użytkowników jeszcze w inny sposób. Domyślnie włączoną "usługą" określoną jako: "ukrywaniem treści nie polecanych przez serwis". "Usługą" nazywaną przez niektórych cenzurą. Jest co prawda możliwość rezygnacja z tej usługi, lecz w przypadku "niepolecanych" komentarzy trzeba każdorazowo klikać w jasnoszary tekst brzmiący mniej więcej: komentarz ukryty. Co sprowadza się i tak do tego że serwis utrudnia użytkownikom życie, narzucając, przepraszam polecając, bądź nie polecając dane treści. Robi to oczywiście kierując się sobie znanymi regułami. Bo jeszcze rozumiem usuwanie treści wulgarne, albo obrażające w sposób co najmniej niesmaczny. I to właśnie przemawia na korzyść prowadzenia bloga w miejscu dającym nie co więcej swobody.

środa, 4 kwietnia 2012

Tomasz Lis naczelnym Newsweek'a

Tomasz Lis naczelnym polskiego wydania Newsweek'a. Odruchowo zareagowałem niechęcią myśląc o tym, że to właśnie on będzie prowadził teraz ten biznes. Czytając jego "wstępniak" w najnowszym numerze Newsweeka, uczucie niepokoju zostało spotęgowane. Wypowiem się delikatnie, bo nie mam w zwyczaju obrzucać ludzi obelgami, tym bardziej jeśli na to nie zasłużyli. Jednakże nie wiem czy pan Lis poradzi z takim wyzwaniem. Jest to bowiem człowiek, który przejawia fragmentami objawy wypalenia zawodowego. Ponadto sięgając do słowa pisanego, które wyszło z pod jego ręki, zarówno w postaci artykułów prasowych i jego książek mam wrażenie że fragmentami gubi zdolność poprawnego (i precyzyjnego). Nadto wielokrotnie daje znak, o swoich zanikach obiektywizmu, którym to uleganie nie przystoi prostu dziennikarzowi. Czasami się zastanawiam czy czasem rzeczywiście nie był by z niego lepszy bloger niż dziennikarz. Cóż może dlatego patronat nad serwisem blogerskim jest dobrym ruchem. Czy świetne zdolności autopromocji wystarcza, żeby być dobrym naczelnym czasopisma tego formatu co Newsweek? Zobaczymy. Co się stanie z Newsweek'em, czy nadal będzie dążył w kierunku tabloidu z górnej półki? Oby złe odczucia mnie myliły.

środa, 21 marca 2012

Dyskusja o edukacji. Ciąg dalszy

(...)
O sprawie dowiedziałem się z wpisu na stronie Rzeczpospolitej (link na końcu artykułu). Generalnie pięciu panów ogłosiło dzisiaj, w kościele salezjanów na Dębnikach, protest ze względu na reformę edukacyjną dotyczącą szkół ponadgimnazjalnych. Całość polega na tym, że w pierwszej klasie będziemy uczyli się o II Wojnie Światowej i czasach współczesnych, a następnie albo rozszerzymy sobie historię, albo będziemy mieli "coś" o nazwie "historia i społeczeństwo". Nie brzmi to chyba zbyt przerażająco? A jednak.
(...)
Nie ogarniam również, o którą część wspomnianej reformy chodzi panom z Krakowa. Akurat to, że w pierwszej licealnej będą czasy współczesne, jest świetne, ponieważ po raz pierwszy po dziesięciu latach nauki (!) każdy gimnazjalista dowie się kto to ten generał Jaruzelski, kim był pan Gomułka i tak dalej. A to że mat-fiz'y dostaną historię w mniej wymagającej formie, czemu nie! Nie wspomnę o tym, że biednym humanistom odpuści się tą przerażającą fizykę.
(...)
Podsumowując, KOMPLETNIE nie wiem o co chodzi głodującym panom z Krakowa, ale zdecydowanie nie podoba mi się to co robią. W tych wszystkich komentarzach nie ma logiki. Że niby jaki interes ma rząd w "niszczeniu polskiej tożsamości"? Chodzi o wymienienie tożsamości polskiej na tożsamość europejską, czy co? Pomóżcie, bo nie ogarniam...
<link>

Może chodzi o to, że pewne plany programowe zmieniane są pewnym kosztem, historia współczesna, kosztem historii mniej-współczesnej; historia mniej-współczesna kosztem historii współczesnej; historia kosztem fizyki, fizyka kosztem historii etc
W ten sposób odchodzimy od idei wykształcenia średniego, wieńczonego maturą, w/g której osoby ze zdaną maturą mają wiedzę OGÓLNĄ na jako takim średnim poziomie. W ten sposób z Liceów Ogólnokształcących robi się Licea gównoksztalcące. Bo Absolwent LO nawet ze zdaną maturą ma teraz zawsze z czegoś braki, albo z matematyki, albo z historii, albo z fizyki. I nie pomoże w tym poszerzanie listy przedmiotów obowiązkowych na maturze jak próg zdawalności obniżono do 30% i nadal są ekstremiści którzy chętnie by ten prób obniżyli. Choroba ta toczy się dalej, gdyż absolwenci szkół średnich z ledwie zdaną maturą, są łowieni  przez jedną z największych grup wyższych szkół prywatnych w europie. Efekt jest taki że wiele z tych prywatnych szkół wypuszcza na rynek absolwentów: licencjatów, magistrów, z wiedzą i umiejętnościami które jeszcze paręnaście lat temu nie wystarczyły by że by zdać maturę. Przypomina to mi opowiadania starszych ludzi, sięgających pamięcią okresu dwudziestolecia międzywojennego. Był to okres gdy osoba ze zdaną matura była kilkakrotnie bardziej poważana i przydatna na rynku pracy niż dzisiaj magister. Nie tylko dla tego, że zmieniły się proporce osób "wykształconych", co sprawia że nawet inteligentna osoba z tytułem magistra i z sporym doświadczeniem traktowana jest na rynku pracy jak śmieć, ale także dlatego że rośnie odsetek wyprodukowanych magistrów o niskim poziomie inteligencji i wiedzy graniczącym z analfabetyzmem. Problem jest roztrząsany w mediach jak zwykle od końca. Zazwyczaj się zaczyna od bezrobocia. Potem rzucamy się na uczelnie, że produkują debili, promują nieprzydatne kierunki studiów, że pracę licencjacką, magisterską można kupić na bazarze, w internecie itd. dalej rzucamy się na licea, a no bo matura, bo uczniowie źle przygotowani przez nauczycieli, a no bo tyle przedmiotów na maturze itd. Potem jedziemy bo egzamin gimnazjalny, po co to komu? A bo gimnazjaliści to rozpici i naćpani hultaje, a no bo wypaleni zawodowo, niedouczeni nauczyciele dają sobie założyć kosz na głowę itd. Taka jest prawda że młodzież ponosi koszty błędy systemu edukacji już w przedszkolu, potem w szkole podstawowej. Błędy te nie są krygowane w kolejnych etapach edukacji. Są natomiast popełniane następne błędy. itd. Tworzy się nam efekt śnieżnej kuli. Przy tej ilości rzeczy do naprawienia wspomniane zmiany wydają się plastrem mającym zaleczyć połamane kości.
A co do naszej tożsamości, nie ma tożsamości bez historii... zrezygnować z historii to rezygnacja z tożsamości.Zmuszani przez decyzje polityczne jesteśmy zmuszani do wyboru między co odpuścić: historię najnowszą, historię powstań okresu zaborów czy historie zwycięstw i porażek w wojnach z Zakonem Krzyżackim, Turkami, Szwedami itd. Można powiedzieć że pamięć o historii od tak nie zniknie. Ale w tym kierunku to zmierza. Zatrzymaliśmy się w pól drogi dłoni w kierunku przycisku za sprawą którego sformatujemy głowy młodego pokolenia. Czy pamięć przeciętnego Kowalskiego za 50 lat ma kończyć się na Stanie wojennym?

poniedziałek, 19 marca 2012

Blokada, którą da się przeskoczyć

Nie wiem czemu ostatnio się tak zagubiłem w chęciach do napisania czegokolwiek na blogu. Jakbym najzwyczajniej stracił połączenie z internetem. Spodziewać się można, że przełożyło się to na efektywną pracę. Oczywiście w pewnym stopniu tak. Ale ja jak zwykle czuje niedosyt. Pewnie dlatego że zdolność do intensywnej pracy nie musi zawsze idzie z natchnieniem, czy też inaczej ujętym nastawieniem kreatywnym. Spokój i cisza jest, skupienie niby też, ale jednak gdzieś ta blokada jest. A ze względu że to co teraz robię nie pomaga, to tym razem na tych krótkich przemyśleniach zakończę.

czwartek, 9 lutego 2012

O reformach w edukacji

W komentarzu do:

Deliberowanie: Czyżby rok dłużej w gimnazjum?!: W pierwszym zdaniu wyjaśniam - jestem w trzeciej i oczywiście, że zamierzam zdać do następnej klasy, do następnej klasy... gimnazjum! Mam bo...



... co do efektów reform ... na razie mamy taki efekt że maturę (mimo większej ilości przedmiotów zdecydowanie łatwiejszą do zdania. ZDECYDOWANIE) oblało w zeszłym roku 25%. I to w przypadku gdy trzeba uzyskać zaledwie 30% poprawnych odpowiedzi.
Za dawniejszych czasów, gdy od uczniów MEN oczekiwało więcej niż umiejętność podpisania się i zapamiętania czegokolwiek z zajęć lekcyjnych, sytuacja że 1 uczeń w szkole nie zdaje matury była wydarzeniem na wielką skalę, niemal że zapisywaną w kronikach szkoły jako ujma na honorze. (i to nie w elitarnych LO. Tylko w każdym przeciętnym).
Nie wchodząc w dyskusje, czy nauczyciele są źli, dobrzy czy jeszcze gorsi. Optymistycznie zakładam że przynajmniej część tych złych, realia pracy w tym zawodzie wypluły poza swoje granice. Paru złych się wciąż znajdzie. Jak w każdym zawodzie, są czarne owce. Chociaż, jak wiadomo dla większości uczniów nauczyciele są źli z założenia. (wielu z tych uczniów żyje potem z tym przeświadczeniem przez całe życie). Ale załóżmy, że większość nauczycieli (chociaż połowa, dla tych którzy nie są przełknąć tak dużego pochlebstwa) są przynajmniej dobrzy w tym co robią. To dla tej części nauczycieli którzy dobrze wykonują swą pracę, nieustanne zabawy z śrubokrętem MEN-u naprawdę utrudniają życie. W/G opinii wielu osób (zarówno nauczycieli, uczniów, rodziców) reforma gimnazjum była nieprzemyślaną decyzją. Z jeszcze gorszą realizacją. Te błędy teraz oczywiście próbuje się załatać. Ale co zrobić jak łaty które szykuje Ministerstwo są dziurawe.

Wiele złego leży w filozofii ustawodawstwa. Wiele było przypadków w różnym okresie czasu, gdy wyznawano zasadę, że jeśli ustanawiany jest jakiś akt prawny, to debata trwa dotąd, do kiedy nie osiągnie  zadowalającego efektu. Po czym się zazwyczaj okazywało że efekt takich ustaleń był w użyciu minimum dwie dekady, zanim pojawiła się nowelizacja. (Tak słyszałem że naprawdę były takie przypadki, a przynajmniej powinny być) Bo czym jest nowelizacja? Czym powinna być? Przystosowaniem do aktu prawnego do zmieniającej się rzeczywistości. A jak się dzieje dzisiaj? Dzisiaj uchwalamy, jutro nowelizujemy. Ta zasada przetrwała już tyle koalicji, że trudno by uznać aby którykolwiek polityk, który zasiadał w ławach parlamentu ma czyste sumienie.

I tak jest także w sferze prawa określającego funkcjonowanie szkolnictwa w Polsce. Nie tylko nowelizacji od czasu tzw. Wielkiej Reformy (wprowadzającej/przywracającej gimnazja) ale i wiele innych zmian okrzyczanych przez prasę kolejną reformą (wszak można domniemywać, że reforma jest czymś stojącym ponad zwykłą nowelizacją).

Wyobrażając sobie młodego nauczyciela, bardziej z powołania angażującego się w ten zawód. Choć dla niektórych to dla: tej obrzydliwie ciężkiej kasy, z dziesiątkami premii, dodatków, trzynastek, czternatek, piętnastek i cholera wie jeszcze czego ... no i nie zapominajmy o 2 miesiącach urlopu w wakacje, feriach dłuższych świętach, i krótkim dniu pracy, .... nieroby p****e. Uwielbiam czytać jak to tym nauczycielom dobrze, szczególnie jak zapominam, że to dla wielu nauczycieli mogło by sobie pomarzyć o tych niebiańskich pensjach, wolnych popołudniach etc. Wracjąc do początku akapitu. Wyobrażając sobie tego młodego nauczyciela wziętego w ogień krzyżowy marudnych uczniów, ich rodziców oraz ministerstwa, które bardziej rzuca kłody pod nogi niż pomaga, no i oczywiście nagonkę medialno-społeczną której uczestnikami są przeważnie dorosłe dzieci z przedłużającą się fobią szkolną (... oraz adhd i jeszcze parę innych), to pop prostu szkoda mi tego nauczyciela tych uczniów i w ogóle nas wszystkich. 

sobota, 4 lutego 2012

Cenzura na Bloggerze?

Blogger też już cenzuruje Twoje wpisy. Powolny koniec wolności słowa w sieci? [AntyWeb] czytając ten tekst Wojciecha Usarzewicza poczułem jak ogarnia mnie przerażenie. Wizja takiej formy cenzury na blogerze i kwesta ACTA jest przerażająca. Już niedługo google będzie mogło sprawnie blokować blogi (bądź pojedyncze posty) w poszczególnych krajach ... jeśli będą łamały prawo państwowe. Wszystko to między innymi dzięki temu że w adresie blogów będzie odpowiednia końcówka w zależności skąd łączy się z internetem czytelni (a więc .... blogspot.com.pl - Polska; blogspot.com.au - Australia; etc.) Ma być co prawda furtka w postaci zamiany końcówki na .blogspot.com/ncr Będzie to ukazywać oryginalną wersje strony.

Za Wojciechem Usarzewiczem:

środa, 25 stycznia 2012

ACTA

Nie ma takiej nie możliwości żebym się na ten temat nie wypowiedział.  ACTA jest to próba ograniczenie wolności internautów. W imię walki w ochronie praw autorskich depcze się wolność słowa. Buduje się oręż pozwalający na inwigilację i zamykanie ust dosłownie każdemu. Jeśli zapisy nie zostaną doprecyzowane to internet może nie być już taki sam.
Chycuś Blog: ACTA: Po weekendowych przejściach Ministra Cyfryzacji (kradzieży jego danych z komputera) w temacie ACTA znowu zawrzało. Temat nośny bo dotyczy na...
Jako lektura:
Film i powyższy link dzięki uprzejmości autora bloga: Chycuś Blog

piątek, 20 stycznia 2012

Bycie dziwakiem jako sposób na życie

Tak. Zdecydowanie uważam, bycie dziwakiem jako sposób na życie. Jest to swojego rodzaju próba ucieczki od przemielenia przez tryby tego świata. Spoglądam czasami na co nie które przed laty wydawały się nie tyle co dziwacznie, co oryginalnie. Często widzę osoby przemielone, wyprasowane i dostosowane do bycia nijakim. Jest to trochę smutne. Zastanawiam się nad tym jak bardzo ja zostałem wyprasowany przez rzeczywistość. Tak naprawdę to wielu z nas broni się przed sprzeciętnieniem. Zdając sobie sprawę z tego że jesteśmy przeciętni, czujemy się przegrani, nieważni i nie istotni. Lepiej więc być dziwakiem. Daje to poczucie wyjątkowości. Ale nie zawsze akceptacji. W swoim dziwactwie wciąż potrzebujemy podziału na my i oni. My jesteśmy dziwni, przez co wyjątkowi, lepsi; oni są przeciętni, nijacy, bez charakteru.
Biały kołnierzyk, krawacik, tandetne koszule w paseczki, marynarka. Sztywne biura, przez które przechodzimy zastanawiając się nad tym czy zostały stworzone dla ludzi, czy dla maszyn. Wyobrażenie korporacji która zrzesza ludzi kompetentnych, realizujących ambitne arcyciekawe projekty, miesza się z wizją fabryki, skupiska ludzi którzy odwalają odtwórczą pracę. To jest obraz nijakości, przed którą chcemy uciec. Często miłość do swojej pracy to luksus na który nie stać. Przecież za coś trzeba żyć. Jakoś trzeba zarabiać. To jest olbrzymi motor napędzający ucieczkę w inność, dziwność, przynajmniej na okres pobytu poza miejscem pracy. Wyszaleć, wydziwaczyć się. Sprawia to że nie tylko wstręt do bezosobowego, nieprzyjaznego biura, w jakimś stopniu się niweluje. Zaczynamy uważać, że przynajmniej co niektórzy współpracownicy są nawet całkiem sympatyczni. A praca, może nie pokochać, ale polubić można.
Także bądźmy dziwni, i wprawiajmy się w ten sposób inteligentny. Nie róbmy z siebie idiotów latających nocą w samej bieliźnie z butelką wódki po mieście. Idźmy pod prąd. Mamy więcej alternatyw niż wieczór przed telewizorem, czy impreza mocno zakrapiana alkoholem. Życie potrafi piękne, spróbujmy poznać to prawdziwe piękno świata, nawet jeśli lwią część naszego czasu zajmują rzeczy przyziemne.

czwartek, 5 stycznia 2012

Życie po piciu

Jak nieliczni zauważyli zgłosiłem swojego bloga do konkursu Blog Roku 2011 r. Bez jakichkolwiek szans że zajdę w nim daleko. Bo gdzie może zajść w takim konkursie człowiek, który przeważnie umieszcza generalnie pierdoły. Łudzę się że może jest parę wyjątków ale to już inna sprawa. Łudzę się że wśród tłumu ludzi piszących większe bądź mniejsze pierdoły niż ja znajdę choć paru czytelników więcej. I tak przeglądając najróżniejsze kandydatury, zobaczyło coś co wprawiło mnie w ... dezorientację ?!? zdziwienie?!? Jak zwał tak zwał. A przyczynek tej dezorientacji zwał się nie byle jak Życie po piciu. Wśród wszystkich pierdółblogów w stylu pokemony-bibery, szafeciary, skrajni polityczni fanatycy, czy też nie wiem o czym piszę (pewnie gdzieś tutaj się zaliczam) znalazłem tę o to perełkę. Miejsce w które prawdopodobnie zajrzę nie raz. Dowiedzieć się można czegoś bardziej wartościowego niż: o rany znowu nie mogę dostać mojego ukochanego błyszczyka! w stylu barbie blog.
Zapraszam do lektury:
Życie po piciu

środa, 4 stycznia 2012

Empik: Podane na tacy!

Mam swoją listę rzeczy, których nie jestem w stanie się pogodzić (a nie jest ona krótka), często poddaje ją reorganizacji, wydłużam, skracam,  zmienia formę etc. Nigdy jeszcze jej w całości nie opublikowałem. Choć w chwilach złości, smutku, coś tam na blogu napiszę. Czasami jednak przypominam sobie o jednym, w zasadzie o paru rzeczach, które można by także w listę. W tym worku znalazły by się rzeczy, dzięki którym cieszę się z tego że dane mi było żyć w takich czasach a nie innych. Pierwszym i najważniejszym miodem jest internet. Ale to już o tym też wspominałem. To widać że jestem uzależniony od sieci. Dzisiaj myśli kręcą się w oku...chwila ... krąży mi po głowie sformułowanie Era Empik'a / Era Empik'u. Pierwsza zagadka. Jaka forma gramatyczna będzie bardziej poprawna ... z końcówką 'a ... czy z końcówką 'u. Wracając do meritum, może stwierdzenie Era to za dużo powiedziane. Ale jedno trzeba przyznać, Empik gromadzi w sobie rzeczy które mogły by wypełnić całe moje życie, gdyby nie fakt, że kiedyś trzeba spać i za coś trzeba żyć. Książki, prasa, filmy i wciąż lecz już na ostatniej półce gry (cholerny złodziej czasu, rozrywka o znikomej wartości, choć wciąż uważam że są wyjątki). Te wszystkie rzeczy dostępne w jednym miejscu. Wspaniałe prawda. Lecz Empik jest dla mnie tutaj jedynie symbolem dostępności. Jednocześnie jestem w pewnym stopniu stać w opozycji to tej sieci sklepów. Bo przypomina troszeczkę jak ... kablówka, oferująca multum kanałów telewizyjnych, jednocześnie ograniczając decyzyjność telewidza co do tego co chce oglądać. Tak jak (widz-/-) widz, także czytelnik, a nawet gracz musi postawić sobie pytanie, parafrazując Williama Shakespeare'a Czytać, albo nie czytać?; Oglądać, albo nie oglądać?; Grać, albo nie grać?. Musimy bowiem wiedzieć czego szukamy, a nie skazywać się na to aż ktoś wybierze za nas. Otwierać się na sztukę, na prawdę. nie na kłamstwo i pseudosztukę. Nie znaczy to że empik rozpowszechnia barachło. Od razu to mowie. Bo znając życie ktoś jeszcze się obrazi. Sam jestem fanem marki Empik. Nie możemy jednak zamienić: idę kupić książkę do sklepu Emipk na idę do sklepu Empik, kupić książkę.
No cóż miałem napisać miałem radosny tekst a wyszło coś w rodzaju krytyki bezmyślnego konsumpcjonizmu. 
Muszę jednak na koniec dodać coś pozytywnego. Naprawdę warto odkleić się od telewizora, nawet od tego uwielbianego przeze mnie internetu, wziąć w garść książkę i czy chociażby jakiś tygodnik i poczytać. A wkrótce dojdziecie do podobnego wniosku co ja, że można by tak czytać całymi dniami. Potem zapiszcie sobie to na karteczce, albo na blogu ... żeby sobie móc sobie przypomnieć, w razie gdyby się o tym zapomniało.